Przygotowuję się do nart. W każdym razie mentalnie na pewno – tam jestem już mistrzem olimpijskim. Fizycznie? Cóż, nie doradzam tak lichych przygotowań. Teoria mówi jasno: już na dwa miesiące przed wyjazdem powinno się poświęcić 15 minut dziennie na skłony, przysiady, nożyce, rowerki, wymachy i inne tortury. Jak zwykle mój brak przygotowania odczuję boleśnie w mięśniach na następny dzień po inauguracji sezonu narciarskiego. Ale wiecie co? Warto.
Wybieram łagodne stoki: niebieskie i te „lżejsze” czerwone. Od wielu lat jestem wierny naszym Sudetom. Mój zestaw to wygodne buty na trzy klamry i narty Atomic, idealnie wchodzące pod brodę. Nie bawię się w bicie rekordów prędkości – ten etap mam już za sobą (albo nigdy go nie miałem). Teraz wożę się szeroko, technicznie i czerpię czystą przyjemność z każdego skrętu i szumu wiatru.
Jednak jako diabetyk, mam na stoku dodatkowego pasażera. Nazywa się Cukrzyca.
Na stoku od dawna towarzyszy mi system CGM – wcześniej Dexcom G6, teraz Dexcom One. To absolutny „game changer”. Kiedyś musiałem ściągać grube rękawice, by nakłuć zmarznięty palec glukometrem (koszmar!). Teraz wystarczy rzut oka na telefon lub odbiornik.
Mimo technologii, stare zasady wciąż obowiązują. Przed nartami zawsze badam poziom glikemii glukometrem – dla pewności, bo w zimnie elektronika bywa kapryśna. Mam swoją żelazną zasadę: jeśli wynik jest poniżej 120 mg/dl, to zjadam „paliwo startowe” – u mnie to zazwyczaj kilka łyżek cukru. Proste, szybkie, skuteczne.
Na co jeszcze muszę uważać?
- Zimno vs. Technologia: Niska temperatura to wróg baterii. Telefon z aplikacją Dexcom trzymam zawsze w wewnętrznej kieszeni kurtki, blisko ciała. Zdarzyło się kiedyś, że na mrozie telefon padł w 15 minut, odcinając mnie od odczytów.
- Kieszeń ratunkowa: Na stoku nie forsuję się, ale wysiłek w niskiej temperaturze spala glukozę błyskawicznie. W kieszeni kurtki, oprócz karnetu, zawsze mam płynną glukozę lub żel energetyczny. Dlaczego nie batonik? Spróbujcie ugryźć zamarzniętego Snickersa przy -10 stopniach!
- Regeneracja: Gdy jestem zmęczony, to muszę odpocząć. Nie ma „jeszcze jednego zjazdu” na siłę. Jeżdżę ok. dwóch godzin rano. Potem obowiązkowa przerwa na ciepły posiłek i sprawdzenie trendów glikemii. Jeżeli mam ochotę i cukry są stabilne – wracam na kolejne dwie godziny późnym popołudniem lub wieczorem.
Narty z cukrzycą to nie problem, to po prostu logistyka. Dla tych widoków w Sudetach i wiatru we włosach – zdecydowanie warto o nią zadbać. Do zobaczenia na stoku!
Jak oceniasz przydatność tego wpisu?
Kliknij na gwiazdkę, aby wystawić ocenę.
Średnia ocena / 5. Liczba głosów:
Bądź pierwsza/pierwszy, która/który oceni ten wpis.













